Wytrwałość
Zawsze zdumiewa mnie, ile sport potrafi dać ludziom, jakie dramaty rozgrywają się na trasach zawodów, z jaką euforyczną energią wyrywają się ze sportowców radość, ból czy łzy rozczarowania. Podczas startów zawsze przyglądam się biegnącym z naprzeciwka, walczącym z podjazdami na rowerze, pokonującym upał, ale najbardziej imponują mi ci, po których na pierwszy rzut oka nikt nie spodziewałby się, że pokonają choćby kilka kilometrów.
Patrzę, jak niezłomnie, w skupieniu, może powoli, ale nieprzerwanie zmierzają do mety, a jeszcze bardziej do własnych celów. Co sprawia, że ktoś decyduje się zmierzyć z dystansem półmaratonu czy maratonu, co sprawia, że pewnego dnia staje się IronManem? Co nagle budzi w nas ducha walki? Tę niesamowitą siłę woli, wytrwałość i wiarę, że damy radę i że jesteśmy w stanie zrobić wszystko, by osiągnąć te cele. Że wstaniemy w ciemne, zimne, mgliste poranki i pójdziemy na basen albo pobiegać, że po pracy pójdziemy na siłownię albo wskoczymy na rower w salonie czy na tarasie, żeby jeszcze porządnie pokręcić na trenażerze.
Ile siły, zaangażowania, a nawet fanatyzmu potrzeba, by robić to dzień po dniu, by pokonywać zakwasy, zmęczenie i senność, by rezygnować z innych planów i mieć przed oczami tylko to, że pewnego dnia w roku przerwiemy wyimaginowaną taśmę na mecie, a żadne zmęczenie nie będzie na tyle wielkie, by nie przyćmiło go uczucie: udało się, zrobiliśmy to!
Drzemią w nas niesamowite pokłady energii i tylko od nas zależy, czy je uwolnimy i wykorzystamy do czegoś wartościowego, czy pozostaną coraz słabiej tlącym się żarem.
Jednocześnie zastanawiam się: skoro jesteśmy w stanie osiągać te fizycznie wymagające cele, które pochłaniają mnóstwo energii i pieniędzy, to dlaczego dla innych celów nie robimy nic albo nawet w przybliżeniu tyle samo? Co to za niesamowita siła, która pozwala nam przejść jedną drogę do końca, i co takiego robi wszystko, byśmy na drugą nawet nie wkroczyli?
Od dawna mnie to nurtuje, bo i mnie się to zdarzało. A przecież za każdym razem, gdy na zawodach triathlonowych mijam biegnącego zawodnika ze sporą nadwagą, zdumiewa mnie, ile niesamowitej energii, wytrwałości i siły psychicznej jest w tych ludziach. Prą naprzód jak lokomotywa, w razie potrzeby zwalniają, idą, ale nie zatrzymują się, NIGDY! Oni nigdy. Nie wiem, co przeżywają, gdy przekraczają linię mety na połówce Ironmana w tym samym czasie co zawodnicy kończący pełny dystans, ale wiem, że nie zdarzyło mi się jeszcze zobaczyć ani jednego finishera, który by się nie uśmiechał mimo ogromnego zmęczenia.
Bo oni nie walczą o podium, ich rywalem nie jest inny zawodnik, tylko oni sami – i to ogromna różnica. Wielu może patrzeć z góry na sportowców amatorów, na zapaleńców, na osoby z nadwagą, na wolniejszych, którzy docierają do mety w czasie kilkakrotnie dłuższym niż zwycięzca, na tych, którzy dzień w dzień wstają i ruszają w drogę, by pewnego dnia w roku być w najlepszej formie – ale to właśnie oni są prawdziwymi bohaterami, bo każdego dnia potrafią pokonać samych siebie, a kto to potrafi, jest największy i najsilniejszy! Z dnia na dzień coraz silniejszy, nie tylko w ciele, ale też w głowie i w duszy. Tacy ludzie są zdolni do wszystkiego i mogę tylko mieć nadzieję, że ta niesamowita radość, którą czują na mecie, uświadomi im, że to był dopiero początek drogi! Mogą wszystko, mogą wszystko osiągnąć, wszystko zrealizować, bo udowodnili, że potrafią to zrobić i doprowadzić do końca.
A jednak tak wielu ludzi poddaje się po drodze… Zwłaszcza na samym początku.
Znasz to, prawda? Noworoczne postanowienia, które rodzą się w atmosferze przesiąkniętej szampanem i konfetti?
- rzucimy palenie
- będziemy więcej uprawiać sport
- przebiegniemy maraton
- będziemy spędzać więcej czasu z bliskimi i przyjaciółmi
- będziemy zdrowiej się odżywiać
- znajdziemy prawdziwego partnera
- zrobimy porządek w życiu i w szafie
- nie będziemy niczego odkładać na później
- będziemy więcej czytać
- będziemy oszczędzać
Na pewno i Ty masz za sobą kilka z nich – to bowiem lista 10 najpopularniejszych postanowień noworocznych, które oczywiście regularnie porzucamy i najwyżej odgrzebujemy znowu w kolejnego sylwestra.
W pierwszej połowie stycznia nigdy nie chodzę na siłownię, bo jest pełna ludzi z noworocznymi postanowieniami, ale wróć tam, powiedzmy, po trzech tygodniach, a po ok. 95% entuzjastów nie zostanie już ślad. Bo zapał jest wielki, ale brakuje wytrwałości i sformułowania prawdziwego celu. A jeśli do postanowienia dołożymy realne cele, o wiele łatwiej jest zacząć i dotrzeć do celu.
Są oczywiście i tacy, którzy popadają w drugą skrajność i z jakiegoś powodu stają się „uzależnieni”, czyli sportem rekompensują sobie brak związku, jakiś problem emocjonalny itp. To u nich często zdarzają się kontuzje, które potrafią na długo zahamować ich formę. Niestety znam wiele takich osób i jedną z nich podam Ci jako przestrogę. Pewna pani zaczęła biegać. Budową ciała idealnie pasowała do tej formy ruchu i robiła ładne postępy, ale poniósł ją zapał i postanowiła, że już w pierwszym roku zostanie ultramaratonką. Pokonywała coraz więcej kilometrów, coraz więcej dni w tygodniu. Mimo moich ostrzeżeń, że brak stopniowania przy tak dużym obciążeniu potrafi się bardzo zemścić – nawet u tych, dla których dana dyscyplina jest wręcz stworzona – nie posłuchała i w weekendy startowała już w podwójnych zawodach. Potem przyszła katastrofa w postaci kontuzji kolan, która w dodatku pojawiła się jednocześnie w obu kolanach, i nawet po półtora roku nie zdołała wrócić do biegania. Umiar jest więc tak samo ważny w sporcie, jak i w życiu.
Ale dziś nie piszę z ich powodu, lecz dla tych, którzy także dziś – gdy odbywa się półmaraton Wizz Air Budapest – pokonują kilometry na ulicach Budapesztu, albo wczoraj na triathlonie Balatonman Füred lub na jego dystansach biegowych. Jesteście niesamowici i musicie sobie uświadomić, że w życiu trzeba robić to samo, co na zawodach czy podczas przygotowań do nich. Czyli robić wszystko, by dotrzeć do mety, i wydobyć z siebie to, co najlepsze.
Życie jest takie samo jak sport: jest linia startu i linia mety, a my musimy dotrzeć od jednej do drugiej. Bez włożonej energii się nie uda – a przynajmniej nie tak, jak byśmy chcieli – albo tylko za cenę wielkiego bólu. Potrzebne jest jeszcze coś: WIARA, wiara w siebie, że dacie radę, bo to ona daje najwięcej energii. Jeśli to zrobisz, wielki dzień będzie dla Ciebie prawdziwym przeżyciem, tak zwanym „biegiem radości”, a to jedna z najpiękniejszych chwil, gdy czujesz, że dziś wszystko się udało.
Oczywiście droga między tymi dwiema liniami nigdy nie jest prosta – popełniamy błędy tak samo jak w sporcie, tak samo zdarzają się strome podjazdy i zjazdy w przepaść, zła pogoda i wiatr w twarz, a niektórym akurat w plecy, i tak samo są tacy, którzy grają nie fair albo oszukują. Choć trudno to ignorować, części tych rzeczy trzeba po prostu nie zauważać. Dlatego zwycięstwo nad samym sobą błyszczy piękniej niż jakikolwiek medal! A na błędach trzeba się uczyć! Tak jak przy właściwym uzupełnianiu energii podczas wysiłku: organizm obok pracy potrzebuje też odpoczynku, regeneracji i naładowania baterii. Wtedy naprawdę liczy się prawdziwe zaplecze, które kibicuje nam ze strefy kibica życia albo podaje nam trochę duchowego wsparcia jak na punkcie odżywczym, ale równie ważny jest dobry „trener”, mentor, który szczerze nas krytykuje, pomaga, doradza, poprawia, stawia do pionu albo porządnie nas zbeszta, jeśli akurat tego potrzebujemy.
Żyjemy w świecie, w którym sukces mierzy się inną miarą, w którym liczy się tylko złoty medal, a o srebrnych medalistach czy zawodnikach z miejsc punktowanych nawet nie pamiętamy, za to na wzór stawia się nam ludzi, których osiągnięcia są bezwartościowe lub nieprawdziwe. W którym paraolimpijczyk zarabia o połowę mniej niż olimpijczyk, a kwota przeznaczana na jego przygotowania to drobny ułamek tego, co dostają pełnosprawni sportowcy. A to nie jest w porządku!
Właśnie dlatego musimy doceniać własne i cudze osiągnięcia i stawiać prawdziwych bohaterów za wzór sobie, naszym dzieciom i innym!
Wczorajszy dzień upłynął mi na śledzeniu startu Pétera Boronkaya, wielokrotnego węgierskiego mistrza świata w triathlonie i triathlonie terenowym, na igrzyskach paraolimpijskich w Rio. To, czego dokonał Péter, było niesamowite.
Już na drodze do Rio przeżywał wzloty i upadki, ale podczas zawodów udowodnił i pokazał wszystkim, czym jest prawdziwa sportowa postawa i jak trzeba walczyć o swoje marzenia, cokolwiek los rzuci nam tego dnia pod nogi.
Péter wyszedł z fal plaży Copacabana na ósmym miejscu i ruszył na trasę kolarską, ale na pierwszej pętli spadł mu łańcuch. Parasportowcy również nie mogą korzystać z pomocy z zewnątrz, więc musiał sam naprawić rower, nie mając lewego przedramienia – w tym czasie spadł jednak na ostatnie miejsce. Przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl o rezygnacji, bo tak jak rywale przyjechał tu, by wygrać, i doskonale wiedział, że teraz to się już nie uda. Nie poddał się jednak, wsiadł z powrotem na swój piękny rower ROSE i ruszył w pogoń za daleko odjeżdżającymi rywalami. Przed biegiem odrobił kilka pozycji, by mimo wszystko osiągnąć wynik, który za wszelką cenę sobie wyznaczył, a który przez awarię techniczną mocno się oddalił: ukończyć zawody wyżej niż na 11. miejscu z kwalifikacji. Wskoczył w buty biegowe i mocno przyspieszył. Najpierw dogonił i wyprzedził zawodnika z Japonii, a potem tuż przed metą wyprzedził Brytyjczyka i wywalczył dziewiąte miejsce.
Kiedy patrzę na zdjęcie z mety, przechodzą mnie ciarki, bo na tym jednym zdjęciu jest wszystko. Niesamowita praca ostatnich sześciu lat, pokonanie wszystkich przeszkód, dotrzymanie obietnicy złożonej wszystkim – że zrobi wszystko, co w jego mocy – pełne zaangażowanie i euforia, po której widać, że dla Pétera ten wynik był wczoraj wart tyle co złoty medal olimpijski. I tak, dla nas również jest mu równy, bo dzięki niemu mogliśmy przeżyć niesamowitą walkę prawdziwego sportowca, który – nawiasem mówiąc – jest pierwszym węgierskim triathlonistą, który zakwalifikował się na igrzyska paraolimpijskie, i węgierskim sportowcem, który osiągnął najlepszy wynik olimpijski w historii węgierskiego triathlonu.
Możemy być z tego tylko dumni i najwyższy czas, byśmy docenili naszych parasportowców i tych olimpijczyków, którzy dotarli do mety na drugim, trzecim czy punktowanym miejscu – ale nie zapominajmy też o tych, którzy po prostu wzięli udział w igrzyskach, bo kto nie chciałby znaleźć się wśród najlepszych na świecie i zmierzyć się z nimi? Najwyższy czas również poznać wielokrotnych mistrzów świata i Europy oraz medalistów w dyscyplinach nieolimpijskich, bo nawet nie wiemy, ilu sportowców z fantastycznymi sukcesami żyje wokół nas – a oni tak samo zasługują na uznanie i wsparcie.
Ale nigdy nie zapominaj o jednym!
Twoją olimpiadą jest Twoje własne życie i tylko od Ciebie zależy, jaki osiągniesz w nim wynik, jak bardzo będziesz walczyć, ile wykażesz wytrwałości, jak mocno uwierzysz w siebie, na ile potrafisz uczyć się na błędach, wyciągać wnioski z porażek i podnosić się, gdy ktoś Cię powali!
Marz, zamień marzenie w cel, podejmij decyzję i wyrusz w drogę, a jeśli wykażesz się wytrwałością i zaangażowaniem, także na Twojej szyi zawiśnie medal, który Ci się należy!
Bądź wzorem dla innych i prawdziwym bohaterem własnego życia!





